Siedziałem
wpatrzony w martwy punkt na nieco zszarzałej już ścianie, a
wszystkie myśli i wspomnienia wręcz kotłowały się w głowie-
jedne wypierając drugie. Każdy centymetr mojego ciała z trudem
wytrzymywał upływ czasu, który jeszcze nigdy w życiu nie dłużył
mi się tak, jak teraz. A ja na żadną z tych rzeczy nie miałem
żadnego wpływu- byłem zmuszony całkowicie poddać się dobrze
wiedząc, że wobec tego, co się stało- i tego, co dopiero może
się wydarzyć- moje odczucia komfortu i wygody znaczyły tyle, co
nic. Delikatnie przymknąłem oczy, czując jak każdy kolor i każda
krawędź najmniejszego nawet przedmiotu zlewają się w jedną nic
nieznaczącą maź, co najprawdopodobniej było wynikiem głodu i
zmęczenia. Z minuty na minutę dolegliwości zaostrzały się, a ja
zdawałem się nie odczuwać niczego. Głos Rene zlewał się w serię
przeciągniętych dźwięków, które były dla moich uszu niczym
seria postrzałów dla ciała.
-Matt, słyszysz
mnie?
Podniosłem
delikatnie wzrok dostrzegając delikatne zarysy jego twarzy, po czym
poderwałem się do góry, a wszystko w mojej głowie zawirowało
trzy razy szybciej niż dotychczas.
-Obudził się już.
Pytałem: chcesz do niego wejść?- spytał uważnie wpatrując się
w moje oczy zupełnie tak, jakby sam nie był w stanie stwierdzić,
czy rozumiem to, co się wokół mnie dzieje.
Ale wtedy chyba
jeszcze nie rozumiałem...
Przymknąłem oczy
czując napływające łzy na samo wspomnienie tamtego dnia.
Wypełnionego wprawdzie złością, krzykami i kilkoma gorzkimi
słowami, ale dniem, kiedy jeszcze wszystko było w porządku. O ile
da się w ogóle użyć takiego określenia co do takiej sytuacji. Bo
pokłóciliśmy się wtedy chyba tak, jak jeszcze nigdy i słysząc
jego i samego siebie zaczynałem mieć wręcz wątpliwości czy tak
zachowuje się kochające się małżeństwo. Byłem zmęczony
ciągłym płaczem Andiego, na które nie ma żadnego lekarstwa poza
cierpliwością- której tamtego dnia wyjątkowo mi zabrakło. Po
powrocie Toma powiedziałem, a wręcz rozdarłem się mówiąc kilka
słów za dużo, których już niestety nie cofnę. Byliśmy tak
zajęci własną kłótnią i problemami, że nawet nie zauważyłem,
kiedy Amanda z płaczem wybiegła z pokoju. To był moment, kiedy już
chyba oboje mieliśmy tego dość- Tom syknął jeszcze pod nosem, że
to oczywiście moja wina, po czym opuścił mieszkanie teatralnym
trzaśnięciem drzwi i pojechał po cholerne mleko, o które była
cała ta awantura. Chociaż właściwie- to był tylko głupi
pretekst.
-Tak- odpowiedziałem
po dłuższej chwili, bezwiednie opadając na plastikowe krzesełko.
A Rene spojrzał na mnie niezbyt wiedząc, co ma powiedzieć i jak
się zachować. Bo właśnie zaprzeczyłem samemu sobie.
Ale naprawdę
chciałbym mieć na tyle odwagi, aby wejść do niego, przeprosić za
to wszystko i powiedzieć, że niezależnie od tego, co się stało
nadal kocham go całym moim sercem. Jedna chwila słabości kiedy
zabrakło nam siły, aby utrzymać nerwy na wodzy jeszcze nie
przekreśla całych tych pięknych lat spędzonych razem. Wstałem ostrożnie głośno przełykając ślinę i spoglądając rozpaczliwym wzrokiem na Rene, który choćby chciał- nie był w stanie w niczym mi już pomóc.
Podszedłem do białych drzwi przymykając oczy i szybko otwierając drzwi zupełnie jakbym odrywał plastrer od niezagojonej rany. Podniosłem wzrok spoglądając w oczy mężowi niezbyt wiedząc, co mam w takiej sytuacji powiedzieć.
-Cześć- zacząłem banalnie siadając na krześle obok nie chcąc, aby poczuł się jakkolwiek skrępowany moją obecnością.
-... cześć. Dużo dziś nowych ludzi poznałem, ale to chyba ty musisz być..?
-Twoim mężem? Tak, to ja- uśmiechnąłem się krzywo w głębi duszy czując jak moje serce łamie się w drobny mak.
I... Co mu po moim
„przepraszam” i „kocham Cię” skoro on nawet nie
pamięta, kim dla niego jestem..?
***
Wiem: ponownie prolog krótki i być może łamiący Wam serca♥
Pierwszego rozdziału można się spodziewać najwcześniej dziewiątego sierpnia gdyż wtedy właśnie wracam z wakacji- ale na pewno coś w trakcie naskrobię :)
A tymczasem- zostawiam Was z Waszymi myślami i liczę na kilka słów wrażeń po.
Mnóstwo buziaków ;*